Jak wojskowi po serca dla Zbigniewa Religi latali: do Szczecina, Moskwy i Berlina

Alanek z Zabrza ma trzy miesiące. Rodzice myśleli dotąd, że jest zdrowy. Teraz słyszą, że coś charczy mu w piersiach. Źle wygląda, więc idą na badania. I słyszą: “To skomplikowana wada serca”. Nie da się operować, serce trzeba wymienić na nowe.

religa1Tylko jak znaleźć dawcę dla niemowlaka? Jak długo przyjdzie czekać? Chłopczyk nie ma już siły podnieść rączki. Nie je, nie rośnie, nie rozwija się.

Jest jesień 2010 roku. Po trzech miesiącach zdarza się cud: znalazł się dawca dla Alana. Rodzice natychmiast przybiegają z synkiem do szpitala – mieszkają ledwie 10 minut od Śląskiego Centrum Chorób Serca. Ale po serce trzeba lecieć aż do Gdańska. A tu fatalna pogoda, ulewa, zimno i mgła…

Karetką do samolotu 

Lekarze z Zabrza tysiące razy przeżyli już ten niepokój – czy znajdzie się dawca? Czy serce do przeszczepu dojedzie na czas? Towarzyszy im od samego początku, odkąd docent Zbigniew Religa zapowiedział, że będą przeszczepiać serca.

W 1984 roku Religa po to właśnie przenosi się z Warszawy do Zabrza, by mieć własny oddział, młodych ludzi do pomocy i robić transplantacje.

Od pierwszego polskiego przeszczepu serca wykonanego przez prof. Jana Molla minęło 15 lat. Tamta operacja skończyła się fiaskiem, ale medycyna poszła do przodu. Są nowe leki. Religa wie, że teraz może mu się udać. Młodzi lekarze jednak nie dowierzają. Owszem, może znajdą biorców, ale skąd wziąć dawców?

W tym czasie w Polsce przeszczepia się tylko nerki. Jeszcze w latach 60. pobiera się je z ciała zmarłego, kiedy jego serce przestaje bić. Nerki są odporne, mogą podjąć pracę nawet po 20 godzinach od pobrania. Ale im krótszy czas niedokrwienia, tym lepiej dla biorcy.

Dekadę później lekarze zaczynają więc pobierać nerki po stwierdzeniu u dawcy śmierci mózgu. Zwykli ludzie nie mają pojęcia, co to jest, bo gdzie tu śmierć, kiedy bije serce?

A jednak to śmierć. Serce jeszcze żyje, ale chory już nie. Już się nie obudzi, nie otworzy oczu, nie wypowie słowa.

Transplantolodzy nie chcą dłużej słuchać oskarżeń, że uśmiercają dawców. Proszą ministra zdrowia o przepisy o rozpoznawaniu śmierci mózgu. Minister spełnia prośbę. Powołuje zespół ekspertów pod kierunkiem prof. Witolda Jurczyka, anestezjologa z Poznania. Od 1984 roku definicja śmierci mózgu jest już zapisana w polskim prawie. Ale prawo to jedno, a życie to drugie. Dalej trudno o dawców, bo większość lekarzy nie chce się narażać na niechęć własnych kolegów. Nie chcą też i nie potrafią prosić rodzin o zgodę na pobranie narządów.

W listopadzie 1985 roku docent Religa jest już gotowy do przeszczepu. Biorca pilnie go potrzebuje. A co z dawcą? Na Śląsku nie zgłaszają żadnego. W Warszawie jakoś Relidze łatwiej, bo tam go lepiej znają. Jeden ze stołecznych szpitali zgłasza dawcę.

W zabrzańskim zespole mają już wszystko omówione. Religa z doktorem Marianem Zembalą wsiadają do karetki i pędzą na złamanie karku, by przywieźć dawcę do Zabrza. Doktor Andrzej Bochenek, zastępca Religi, zostaje w szpitalu przy biorcy.

Religa z Zembalą nie mogą z Warszawy zabrać samego serca. Nie wiedzą, jak długo może być niedokrwione, i nie mogą ryzykować, że po kilkugodzinnym transporcie nie podejmie pracy w ciele biorcy. Transport dawcy podłączonego do aparatury podtrzymującej podstawowe funkcje życiowe organizmu to też ryzyko, ale nie mają wyjścia. Wstawiają nosze z dawcą do karetki i pędzą do Zabrza.

Przeszczep się nie udaje, ale za kilka dni Religa przeprowadza następny. Znów z karetką w tę i z powrotem. Podobnie jest przy kilku kolejnych. O Relidze wie już cała Polska. Po kilku miesiącach od pierwszego przeszczepu do Zabrza dzwoni doktor z drugiego końca Polski: – Mamy dla was serce.

To Romuald Bohatyrewicz, młody anestezjolog ze Szczecina. Jeszcze w trakcie specjalizacji obserwował prace zespołu opracowującego przepisy o śmierci mózgu. W Szczecinie pomaga prof. Stanisławowi Zielińskiemu przy rozwijaniu programu przeszczepów nerek.

– Było już głośno o Relidze. Pomyślałem, że dawcy nerek, których zgłaszam, nadawaliby się także na dawców serca – mówi Bohatyrewicz, dziś już profesor.

Religa do Romualda Cichonia, młodego chirurga: – Jedź do Szczecina.

Szpital Górniczy w Bytomiu pożycza klinice nową i świetnie wyposażoną karetkę, mercedesa. Ale droga do Szczecina jest fatalna – podróż zajmie co najmniej 12 godzin. Cichoń odmawia. – Nie dowiozę dawcy. Jest zima. Wychłodzi się i serce mu stanie – mówi.

– To coś wymyśl – rzuca Religa. Dla niego przecież nie ma rzeczy niemożliwych.

Cichoń: – Wczoraj w telewizji widziałem, jak na poligonie w Drawsku helikopter podnosił czołg. Może by i karetkę podniósł?

Religa nie czuje, że to żart. – Świetnie – mówi. – To załatw śmigłowiec.

Cichoń jest przerażony. Jak to załatw, u kogo? I co powiem? Żeby helikopter przewiózł podwieszoną na linach karetkę z dawcą w środku? Wyśmieją mnie!

Ale Religa nie chce słuchać – jego pacjentowi potrzebne jest serce i już.

Najbliższa jednostka lotnicza jest w Bytomiu. Żołnierze nie bardzo wierzą w to, co mówi Cichoń, ale przełączają telefon. W końcu doktor może rozmawiać z kimś ze sztabu sił powietrznych w Poznaniu. Oficer słucha uważnie: – Tak, panie doktorze, tak, hmm…, jasne, hmm… Proszę o chwilę cierpliwości, ja do pana zaraz oddzwonię.

Podpułkownik Mirosław Czechowski, dzisiaj już na emeryturze: – Ten wojskowy, do którego dodzwonił się Cichoń, to byłem ja. Nie mogłem z nim niczego ustalić, dopóki nie upewniłem się, że naprawdę dzwoni ze szpitala, co to za szpital, itd. W kilka minut sprawdziliśmy, że telefon naprawdę był z Zabrza. Klinika była już sławna, wszyscy mówili o przeszczepie docenta Religi.

Teraz rozmowa jest już inna. Czechowski mówi Cichoniowi otwarcie: – Ten helikopter, który pan wczoraj widział w telewizji, nie jest polski.

– Ale przecież miał taką czerwono-białą szachownicę…

– Nie jest polski.

Cichoń: – Rozumiem, w takim razie dziękuję za pomoc.

Czechowski: – Pan się nie rozłącza, teraz dobra wiadomość. Akurat jest w kraju jeden z dwóch samolotów transportowych. Jeśli chcecie, za godzinę może wylądować na lotnisku w Pyrzowicach.

– Ale czy zmieści się do niego karetka?

– Jeśli waży mniej niż 20 ton, to się zmieści. A jaką ma wysokość? 2,85 metra? Spokojnie…

Czechowski: – Sprawdziłem pogodę na trasie i zezwoliłem na lot. Tak zaczął się nasz wkład w rozwój polskiej transplantologii.

Gdzie jest karawan? 

Karetka wjeżdża do luku bagażowego, żołnierze przywiązują ją do ścian linami. W karetce jest zespół z Zabrza i doktor Bohatyrewicz. W tamtym czasie tylko on umie opiekować się dawcą i pilnować, by mimo śmierci mózgu nie zatrzymało się jego serce.

An-12, czyli antonow, którym lecą ze Szczecina, stacjonuje w pułku lotnictwa wojskowego w Krakowie. Odtąd tamtejsi lotnicy będą gotowi na każde wezwanie z Zabrza. A lotów do Szczecina będzie mnóstwo. Bo Bohatyrewicz to wśród polskich doktorów wyjątek. Nie boi się zgłaszać dawców i wierzy w transplantacje. Koledzy go czasem krytykują. Śmierci mózgu nie stwierdza jeden lekarz. Potrzeba komisji złożonej z trzech. Komisja zbiera się co najmniej dwa razy. Jest więcej pracy i zamieszanie. Ale ideę przeszczepów popierają też szefowie Bohatyrewicza, dr Janusz Skolimowski, potem dr Stanisław Tęgi. Bronią go, kiedy trzeba.

Udaje się jeszcze z jednego powodu. Bohatyrewicz umie rozmawiać z rodzinami i umie nauczyć tego innych: – Wyjaśnialiśmy zawsze, że chory już zmarł. Że teraz to zwłoki z bijącym sercem. Że jeśli się zgodzą na pobranie, to cząstka ich bliskiego będzie żyć w ciele innego człowieka. Więcej – ona da mu życie. Na ogół udawało mi się krewnych przekonać.

Samolot transportuje karetkę z dawcą w środku ze Szczecina na Śląsk. Z powrotem zwłoki zawozi karawan. Takie transporty skończą się na początku lat 90. Pewnego razu karawan, który wiózł zwłoki dawcy z Zabrza do Szczecina, utknął po drodze. Czeka rodzina i ksiądz z pogrzebem, a trumny nie ma. Karawan dojechał po kilku godzinach.

– Obawiałem się, że jeśli podobna sytuacja się powtórzy, może zaszkodzić całej transplantologii. Przekonałem o tym Religę – mówi prof. Bohaterywicz.

Przyszło mu to tym łatwiej, że medycyna poszła do przodu. Już było wiadomo, że serce może być maksimum cztery godziny niedokrwione. A tyle wystarczy, by je pobrać, włożyć do podręcznej lodówki i w temperaturze 4 stopni Celsjusza dowieźć samolotem, nawet ze Szczecina do Zabrza.

Mocznik na płycie 

\Żołnierzom jest obojętne: dzień czy noc, piątek czy świątek. Latają na każde wezwanie zespołu Religi. Wystarczy hasło: “akcja serce”, a oni odpowiadają żartem: “operacja czerwony październik”. Czasem jednej nocy otwierają dla nich aż pięć polskich lotnisk.

Podpułkownik Mirosław Czechowski: – Kiedyś samolot z sercem leciał ze Szczecina, nagle dostaję wiadomość, że w szpitalu w Zielonej Górze jest kobieta, która zginęła w wypadku samochodowym. Połączyłem się z pilotami; na pokładzie był lekarz i zdecydował, że ją zabiorą. Na szczęście ten antonow to był naprawdę duży samolot, dwie karetki się w nim zmieściły: nyska i polonez. W Zabrzu odbyły się tej nocy dwie transplantacje. Obie się udały.

Lekarze z Zabrza wspominają też lot po serce dla Ani.

Rok 1999. Ania ma 15 lat, wcześniej nigdy ciężko nie chorowała. Wysportowana, jeździła na nartach. Pogrypowe powikłania doprowadziły u niej do zapalenia mięśnia sercowego. Została przyjęta do Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Choroba postępowała szybko, po czterech miesiącach konieczna była transplantacja serca. Ale dawcy nie było.

Lekarze podłączają dziewczynę do pompy, która wspomaga pracę serca. Liczy się każda godzina. Dawcę zgłasza szpital w Lublinie. Znów odzew: “operacja czerwony październik”, wojsko daje zgodę na lot. Ekipa transplantacyjna właśnie ładuje sprzęt do karetki, kiedy pułkownik Konrad Luśniewski z centralnego stanowiska dowodzenia wojsk lotniczych na Okęciu musi wszystko odwołać. – Zaczęła się potężna śnieżyca, całe lotnictwo zostało uziemione – wspomina pułkownik.

Zespół transplantacyjny: chirurg, anestezjolog i dwie pielęgniarki przez dwie godziny czekają na zmianę pogody. W końcu decydują, że pojadą do Lublina karetką. Ale śnieg jest tak gęsty, że nawet na sygnale jadą nie prędzej niż 60 km/godz. Droga do Lublina zajmuje im aż sześć godzin.

– Ja w tym czasie dzwoniłem co chwilę do pułkownika Luśniewskiego i dowiadywałem się, czy będą mogli wrócić samolotem – mówi Krzysztof Tkocz, koordynator przeszczepów w zabrzańskim centrum. – Od pobrania serca do jego wszczepienia mogę upłynąć najwyżej cztery godziny. Inaczej serce nie podejmie na nowo pracy – wyjaśnia.

Na płycie wojskowego lotniska w Dęblinie na okrągło pracują pługi, żeby w każdej chwili mógł tam wylądować samolot. Dopiero w nocy, koło godziny 22, pogoda się poprawia. Tkocz umawia się z Luśniewskim, że o godzinie 23.30 w Dęblinie wyląduje samolot z Warszawy i przetransportuje serce dawcy do Pyrzowic pod Katowicami. Ekipa transplantacyjna dociera na lotnisko o północy. I wtedy pogoda znów się pogarsza. Marznąca mżawka uniemożliwia lądowanie.

– Pas był tak śliski, że pilot nie zdołałby wyhamować – wyjaśnia pułkownik Luśniewski. Jednak lotnicy, gdy dowiadują się, że chodzi o życie piętnastoletniej dziewczynki, chcą ryzykować. Obsługa lotniska wysypuje na płycie mocznik, który roztapia lód. Jak-40 startuje z Warszawy o 1 w nocy i po 20 minutach jest już w Dęblinie. W Pyrzowicach ląduje o godzinie 1.55. O 2.25 ekipa transplantacyjna jest z sercem dawcy w szpitalu.

Wszyscy są zdenerwowani – od momentu pobrania serca upłynęły 4 godziny i 45 minut. Czy nowe serce Ani będzie chciało pracować?

Wyczerpany Tkocz zszedł z bloku operacyjnego na drugim piętrze do swojego pokoju na parterze szpitala. Nie wytrzymał tam jednak długo i wrócił na górę. Odetchnął z ulgą, dopiero kiedy usłyszał charakterystyczne pik, pik – dźwięk kardiomonitora oznaczający miarową pracę serca.

Wielka szafa z Moskwy 

Lotnicy latają nie tylko po serca. Rok 1991, karetka przywozi do Zabrza siedemnastolatka. Ma na imię Tomek. Powikłania po grypie, dusi się przy każdym ruchu, nie potrafi nawet siedzieć. Ledwo żyje. Czeka na przeszczep. Zanim znajdzie się dawca, potrzebna jest sztuczna komora, która przynajmniej przez jakiś czas odciąży serce chłopaka.

Religa dzwoni do Ministerstwa Zdrowia, błaga o pieniądze na niemieckie urządzenie. Dostaje zgodę, choć jednorazowa komora kosztuje tyle co nowy mercedes. Liczy się czas. Lekarze znowu proszą o pomoc lotników. Do Berlina wojskowym samolotem leci Cichoń. – Wylądowaliśmy na Tempelhof, rzuciła się na nas niemiecka prasa. Byli podekscytowani, bo był to pierwszy polski samolot wojskowy, który wylądował na tym lotnisku i wrócił do Polski – wspomina.

Wcześniej, przed 1989 rokiem, po sztuczne serce lecieli do Moskwy.

Bochenek: – Operuję mężczyznę, chory mi odpływa, wołam na pomoc Religę.

– Andrzej, to jego serce jest słabe, nic z tego nie będzie – mówi.

– Co robimy?

Religa nie odpowiada. Wychodzi z sali operacyjnej, wraca, wychodzi, pali papierosa, wraca. W końcu mówi: – Polecimy po sztuczne serce do Moskwy.

Bochenek: – Panie profesorze, mam na stole pacjenta z otwartą klatką piersiową, a pan mówi, że leci do Moskwy?

– Tak – odpowiada Religa. – U profesora Walerija Szumakowa pracują nad sztucznym sercem. Na lotnisku w Mierzęcicach czeka już na nas samolot, a ty pilnuj pacjenta, żeby nie umarł, bo jak umrze, to ci nogi z dupy wyrwę.

To nie sen. Idą szpitalnym korytarzem. Religa w kurtce, owinięty szalem. Rozwiany włos. Naprawdę lecą do Moskwy, wojskowym samolotem o godzinie 14.

O 4 nad ranem w szpitalu zamieszanie. Religa przywozi maszynę wielką jak szafa. – Pacjent żyje? – pyta.

– Ledwo – odpowiada Bochenek.

Przypięty do ławki 

Religa wie, jak motywować pilotów. – Zaprosił nas do swojej kliniki, żebyśmy mogli zobaczyć, jak wygląda przeszczep serca. Tyle krwi było, że ledwo wytrzymałem – wspomina podpułkownik Czechowski. – Ale największe wrażenie zrobił na mnie oddział, na którym leżały chore dzieci. Po takiej wizycie lepiej zrozumieliśmy sens naszych lotów po serca.

Profesor potrafił się odwdzięczyć pilotom za pomoc. – Na każdy koncert Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii, który co roku odbywał się w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu, zapraszał nawet po kilkunastu lotników. Dziękował im ze sceny, honorował.

Zresztą sami widzieli, jak się angażował. Często był po kilku operacjach, zmęczony, a wsiadał do samolotu, żeby osobiście pobrać serce. Piloci przypinali go pasami do ławki w luku transportowym, żeby mógł się choć chwilę przespać. Wiedzieli, że po przylocie do Zabrza będzie musiał jeszcze kilka godzin stać przy stole operacyjnym.

Czechowski: – Na wojskowych profesor zawsze mógł liczyć. Kiedyś na lotnisku w Krakowie wylądował samolot z załogą, która obsługiwała trasę z Paryża do Dakaru. Pracowali kilka dni niemal bez odpoczynku. Wyszli z maszyny obrośnięci, zakurzeni, zmęczeni. A dowódca mówi, że potrzebuje drugiego pilota do “akcji serce”. Jeden z nich zadeklarował od razu: “Tylko się umyję, ogolę, mundur założę i lecę”. W pół godziny był gotowy. Albo w sylwestra. Mechanik zerwał się w muszce z balu, bo był dawca w Poznaniu. Wielki chłop, drwal. Nogi wystawały mu z noszy. Przywieźli go samolotem.

“Akcja serce” w karczmie 

Najpierw wojsko woziło dawców i serca, a czasem i biorców (jeśli mieszkali daleko od Zabrza) bez formalnej umowy. – Uznaliśmy, że skoro każdy pilot musi mieć po 12 godzin lotów ratowniczych, to praca dla zabrzańskiej kliniki nam pasowała, bo to nie były żadne ćwiczenia, tylko prawdziwe loty na ratunek – mówi pułkownik Czechowski. – Ale na pokład zabieraliśmy także lekarzy i pielęgniarki. Odpowiedzialność za ich życie spadała na nas. Naszą współpracę trzeba było sformalizować.

Umowę na “akcję serce” Religa podpisał z wojskiem w 1988 roku. – Profesor zamówił salę w Karczmie Górniczej w Zabrzu i tam odbyła się ceremonia podpisania umowy – wspomina Czechowski. – Religa to był luzak, człowiek bardzo bezpośredni. Podczas części nieoficjalnej zaproponował, żebyśmy sobie mówili po imieniu. Przez półtora roku nie mogłem się przełamać, z szacunku do niego. W końcu się na mnie wkurzył i zagroził, że jak jeszcze raz powiem “panie profesorze”, to mam mu się na oczy nie pokazywać bez butelki. Wtedy skapitulowałem, bo ile tych butelek musiałbym kupić! A my w wojsku nie jesteśmy przyzwyczajeni do “tykania”. No i raz się zapomniałem. Profesor się wściekł, zaczął przekleństwami rzucać. Zasalutowałem i wyszedłem.

Za loty po narządy do przeszczepów wojsko do dziś nie bierze pieniędzy, choć to duże koszty. Przelot z Krakowa do Gdańska, a stamtąd do Katowic, kosztuje około 150 tys. zł. Wiele wojskowych lotnisk zostało zlikwidowanych, trzeba korzystać z cywilnej infrastruktury. Kosztuje nie tylko paliwo, ale i postój na płycie. – Bierzemy to na siebie – mówi pułkownik.

Nikt nie policzył, ile odbyło się takich lotów. – Zresztą – mówi Czechowski – to nie była moja zasługa, tylko pilotów, nawigatorów, dyżurnych meteorologów i tego żołnierzyka, co na lotnisku czyścił pas startowy.

Cichoń jeszcze w latach 80. pytał wojskowych pilotów, dlaczego pomagają. Odpowiedzieli: – I tak mamy godziny do wylatania, a jak mamy lecieć do Bułgarii po dwa kilo pomidorów, bo żona jakiegoś towarzysza ma taki kaprys, to naprawdę wolimy po serce.

Otworzysz wreszcie te oczy? 

Listopad 2010 roku. Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu świętuje 25. rocznicę pierwszej transplantacji serca. Kilka tygodni wcześniej przeszczep miał Alan. Mimo mgły i zawieruchy lotnikom udało się przywieźć z Gdańska serce dla chłopca. Mama Alana opowiada, jak przy nim czuwała, a on leżał bez ruchu. Nie otwierał oczu. Poszła do kościoła modlić się, żeby Alan się obudził. I nic. Wreszcie stanęła nad łóżeczkiem i pogroziła: “Otworzysz wreszcie te oczy czy nie?!”. – Wtedy posłuchał – śmieje się szczęśliwa. A nad Alanem tłum dziennikarzy. Kamery, aparaty, mikrofony. Mały nie płacze, tylko zaczyna się bawić mikrofonem. Ktoś z boku zauważa: – Taki śmiały, podobałby się Relidze…

Źródło: gazeta.pl
Fot. Agencja Gazeta