Nie całkiem umarł

Serce, wątroba, nerki – wszystko, co można było oddać, zostało pobrane. Nie pytałam, do kogo trafiło. Chyba byłabym zazdrosna, że ktoś żyje, a mój syn nie.

b05ebac92ecd1792733009ac6c03c2a2Zadzwonili z Royal London Hospital i pomyślałam, że chyba nie rozumiem dobrze po angielsku. Jaki wypadek? Jak to: stan krytyczny? W ogóle do mnie nie dotarło, że rozmowa jest po polsku. Nie mogłam pojąć, co słyszę. Szok – wspomina Jolanta Kruczkowska, mama Bartka. Studiował logistykę w Gdańsku, wyjechał z dziewczyną do Wielkiej Brytanii, żeby trochę zarobić, pozwiedzać. Chcieli ze znajomymi podziwiać Londyn z góry, weszli na dach budynku, z którego miał być piękny widok. Konstrukcja się zarwała, Bartek spadł 10 metrów w dół.

Po wielu badaniach i trzykrotnie przeprowadzonych procedurach potwierdzających, że doszło do śmierci mózgu, pobrano wątrobę, trzustkę, nerki, zastawkę płucną.

– Długo nie potrafiłam o tym otwarcie rozmawiać – mówi mama Bartka. Czwarty rok mija, odkąd to się stało, a ona wciąż na psychoterapii, lekach. Ciężko jest. Szczególnie gdy się słyszy, co ludzie mówią o przeszczepach. Jak niewiele wiedzą, podejrzewają, że to może celowe uśmiercanie. Jakaś kobieta podająca się za dziennikarkę zadzwoniła do Jolanty Kruczkowskiej i zapytała: – Ile pani wzięła za te narządy?

Jak syn

– Mówią, że wzięłam 70 tysięcy czy ileś – wzdycha Teresa Banach ze wsi Cieciory pod Kolnem. Ludziom trudno uwierzyć, że zgodziła się oddać twarz syna za nic. Syn: spokojny, dobry, jedyny, jakiego miała. Akurat zaczął dom remontować.

 Ponoć dziewięć osób dostało coś z niego, w tym twarz pan Grzegorz spod Oławy – ten, którego zmasakrowała maszyna do cięcia kamieni. Teresa Banach nie ogląda telewizji i nawet by nie wiedziała, jak twarz się przyjęła, ale podjechali do niej dziennikarze, przywieźli zdjęcia wykonane po przeszczepie. Popłakała się. Ten Grzegorz to teraz – wypisz wymaluj – jej Sławek. Z powodu tego nadzwyczajnego podobieństwa aż pozbierać się nie może. Stawia sobie fotografię tego Grzegorza na ławie i patrzy jak na syna.

Nie wie, jaki stosunek miał jej Sławek do przeszczepów. Nigdy o tym nie rozmawiali, no bo jak z młodym i zdrowym mówić o śmierci? No a później już się nie dało. Gdy przyszedł do domu zakrwawiony, z potężnym guzem na głowie, nawet nie zdążył matce powiedzieć, co się stało. – Położył się, ręce splótł. I nic – wspomina matka. Do samej śmierci ani słowa.

Dla jednych – za to, że się nie sprzeciwiła pobraniu – jest matką niezwykłą, godną podziwu, bohaterską. Ma pełną reklamówkę listów z wyrazami uznania, w tym od prezydentowej Anny Komorowskiej i od ludzi z zagranicy. Są jednak tacy, którzy nie podziwiają, lecz podejrzewają. Że może ktoś kogoś podpłacił, może syn był do uratowania, ale się go „puknęło” dla uratowania kogoś innego.

– Ludziom się języka nie zawiąże. Ja, proszę pani, ludzi nie słucham – mówi Teresa Banach.

Zwykła słuchać tylko swojego rozumu. A rozum jej podpowiadał, że skoro Sławek nie żyje, niech chociaż inni żyją.

Bez wątroby, bez zbawienia

Od 20 lat CBOS regularnie pyta Polaków, jaki jest ich stosunek do transplantacji. Z każdych 100 aż 96 jest na „tak”. Trzy czwarte deklaruje, że chce, aby po śmierci ich narządy trafiły do potrzebujących. Tyle że mówią to chyba tylko badaczom.

Większość nie rozmawia na ten temat z rodziną. A później, gdy dochodzi do gwałtownej śmierci, bliscy zmarłego nie wiedzą, co robić, czego on by sobie życzył. Tracą głowę, są w szoku, boją się, co ludzie powiedzą. W dodatku z sondaży CBOS wynika, że mimo deklarowanego poparcia dla przeszczepów niemal co czwarty ankietowany sądzi, że bez wątroby czy nerek nie można liczyć na zbawienie. W niektórych jest niechęć: jak tu oddać kawałek ciała kogoś bliskiego komuś obcemu? A w innych z kolei przekonanie, że wycięcie narządów to bezczeszczenie zwłok.

Z raportów Poltransplantu, centrum koordynującego przeszczepy, wynika, że w co 10. przypadku rezygnuje się z pobrania, bo jest silny sprzeciw rodziny. – Obawiają się stygmatyzacji: o, to ci, którzy oddali – mówi prof. Roman Danielewicz, dyrektor Poltransplantu.

Rozmowy z rodziną zawsze są trudne. Na ogół pierwsza reakcja to bunt, płacz, czasem krzyk. Rodzinie trudno udźwignąć to, że śmierć przyszła tak nagle. I albo od razu ucinają rozmowę o pobraniu, albo chcą rozmawiać długo. Mają mnóstwo pytań.

– Takich ludzkich, czasami irracjonalnych – mówi Dorota Zielińska, która jest psychologiem i koordynatorką przeszczepów w Warszawie. Rodziny pytają na przykład, czy ich bliski przy pobraniu będzie cierpiał. Tłumaczy, że ktoś, kto już nie żyje, nie czuje. Pytają, czy będą mogli poznać biorców. Wyjaśnia: nie, to niemożliwe. Albo chcą wiedzieć, co z pochówkiem. Boją się, że ciało będzie zmasakrowane. Zapewnia, że nie będzie. Nawet rogówki pobiera się tak, że później, w trumnie, nic nie widać. A mimo wszystko zdarzają się prośby, żeby rogówek jednak nie wyciągać, bo może twarz się przez to zmieni, ktoś na pogrzebie się zorientuje. – Rodzinom zależy na dyskrecji – mówi Dorota Zielińska. – Nie chcą mierzyć się z ocenami innych. Szczególnie ci z małych miejscowości.

Byłabym zazdrosna

– Jak można własne dziecko dać pokroić i obdzielić nim jak świniakiem – takie rzeczy słyszałam – mówi Agnieszka Sobieraj. Ma 51 lat, mieszka we wsi Żbiki w powiecie przasnyskim, pracuje w fabryce produkującej skrzynki do owoców.

Wybiegła z pracy, gdy Kubuś, najmłodszy z jej ośmiorga dzieci, został potrącony przez samochód. – Wracał ze szkoły – wspomina. – Był grudniowy, ale wyjątkowo ciepły, słoneczny czwartek. Zobaczyłam, że głowa synka zakleszczona i już mi serce pękło, już czułam, że on nie żyje. Mnie się zdawało, że ja wiem, co to śmierć, bo straciłam wcześniej ojca, braci, męża. Ale straty dziecka nie da się z niczym innym porównać.

Mąż długo chorował, miał zawały, zmarł po czwartym. Kiedy szła do niego na cmentarz, zabierała Kubusia, mówił: „Posiedzę u taty na kolanach”. I przysiadał na nagrobku. Kiedy umarł, miał zaledwie siedem lat. – Tak bardzo bym chciała, by żył, ale widziałam, że w szpitalu już tylko maszyny za niego chodziły. Poszłam do księdza zapytać, czy nie byłoby grzechem zgodzić się na pobranie. Ksiądz powiedział, że cel szlachetny i że jeśli można kogoś uchronić od śmierci, to dlaczego nie? Żegnając się z synkiem, powiedziałam: „Będzie nam brakować twojej miłości”. Bo to było dziecko kochające, i ludzi, i kwiatki, i robaczki. To, co można było, zostało pobrane. Nie pytałam, do kogo trafiło. Chyba byłabym zazdrosna o te dzieci, które dostały. O to, że żyją i że ich rodzice się cieszą. Może to zabrzmi brzydko, ale przecież tak jest: moja tragedia to dla kogoś radość. Chyba lepiej, że nie widzę tych dzieci, a z drugiej strony marzę, żeby kiedyś zobaczyć.

– Zdarza się, że rodzina mówi: pozwolimy pobrać narządy, pod warunkiem że dowiemy się, kto je dostanie. Oczywiście to niemożliwe – mówi Dorota Zielińska.

Po przeszczepieniu informuje się rodzinę dawcy najwyżej o płci i wieku biorców. – Dajemy odpór próbom pozyskania dalszych informacji. Jesteśmy związani tajemnicą – tłumaczy prof. Danielewicz. Niektórzy próbują przeprowadzać prywatne śledztwa. Tak bardzo chcą wiedzieć, kim jest ten, kto dostał, jak mu się żyje. Czy umożliwiać spotkania rodziny dawcy z biorcami, jeśli obie strony miałyby taką wolę? Jak dalece posuwać się w informowaniu jednych o losie drugich? To temat stawiany ostatnio nawet na forum Rady Europy. Dyskusja wciąż trwa. A przykład idzie od dawców szpiku. – Dawcy poznają biorców, spotykają się. Tylko że w tym przypadku obie te osoby żyją – tłumaczy prof. Danielewicz.

Serce syna

– Najbardziej bym chciała spotkać tego, kto ma serce mojego syna – mówi mama Piotrka Borkowskiego z Bydgoszczy. Od syna wzięto jeszcze wątrobę, nerki, ale najbardziej ją nurtuje, co z sercem. Rozmawiają z mężem o tym i mąż mówi, że nie chciałby tego człowieka zobaczyć. A ona tak, bardzo. Chociaż nie wie, czy to by jej przyniosło ulgę. – Myśl o tym, że Piotrek żyje w innych ludziach, żadnej ulgi, niestety, nie przynosi.

Powiesiła zdjęcie syna między sypialnią a kuchnią i co przechodzi – patrzy na niego, a on na nią. – To zdjęcie zostało tak dobrze zrobione, że gdziekolwiek się ruszę, Piotrek podąża za mną wzrokiem. Wiem, że go straciłam. Ale tego nie ogarniam – płacze.

Miał 23 lata i wszystko gotowe do ślubu z dziewczyną, z którą się znali od szkoły. Dał jej kiedyś puchar: „Za zajęcie pierwszego miejsca w moim sercu”. Szaleńczo zakochany. Choć oczywiście złe języki paplały, że może powinni poczekać ze ślubem, ona z niewydolnością wątroby, na liście oczekujących na przeszczep. A wiadomo, kiedy się może trafić dawca? Ślubu nie zamierzali jednak odkładać. Wynajęli sobie mieszkanie w kamienicy, z junkersem w łazience. Gdy Piotrek poszedł się kąpać, już nie dał rady sam wyjść z wanny, zatrucie tlenkiem węgla. Transportowali go do komory hiperbarycznej w Gdyni, dojechał zbyt późno. Miał w portfelu oświadczenie woli, żeby w razie śmierci pobrać narządy. Rodzina zresztą znała jego poglądy – honorowy dawca krwi, po studium z ratownictwa medycznego. Mama wyciąga indeks: ze wszystkich przedmiotów piątki.

Rozmowa z lekarzami o pobraniu nie była więc dramatycznie trudna. Najtrudniej było pożegnać syna, który leżał podpięty do respiratora, rurek, monitorów. Wyglądał, jakby spał. – Nie mogłam uwierzyć, że to już koniec. Serce jeszcze bije, a trzeba sobie powiedzieć, że dziecka już nie ma. Lekarz nam tłumaczył, że gdy umiera mózg, to tak jakby światło w człowieku zgasło. Piotrek więc nie cierpiał. Mogłam być przy nim tyle, ile chciałam. Nikt nie poganiał. W ogóle jeśli chodzi o podejście do nas, to w szpitalu było morze miłości. Wszyscy bardzo delikatni, troskliwi.

Może też dlatego później, gdy już było po pobraniu, tym bardziej poczuła się porzucona. Dostała informację, że serce otrzymał mężczyzna, lat 33, nerki dwaj panowie po pięćdziesiątce, wątrobę – 16-letnia dziewczynka. I to wszystko. Z punktu widzenia procedur sprawa zamknięta. Ale z punktu widzenia matki – nie.

Listy

– Niektórzy mogą się czuć wykorzystani i zostawieni samym sobie – mówi mama Bartka Kruczkowskiego, który zmarł w Londynie. Niedawno założyła fundację imienia syna, nazwała ją ORGANiści. Rodziny dawców piszą do niej, że potrzebują wsparcia, że im ciężko. Niektórym nie podano nawet zdawkowych informacji: jakie narządy zostały pobrane, czy się przyjęły. Nic. Nie ma standardów postępowania w takich sprawach, więc czasami się informuje, czasami nie. A do tego jeszcze w maju ubiegłego roku była ta wstrząsająca wypowiedź prof. Jana Talara, że nie należy wierzyć w śmierć mózgu i że ci, od których pobiera się narządy, nie są martwi. Natychmiast zaprotestowali inni lekarze, ale niepokój został zasiany.

Mama Bartka Kruczkowskiego nie mogła po tym dojść do siebie. Inni też pytali: czy pana profesora Bóg opuścił? Jak on mógł nam zasugerować, że swoich bliskich uśmierciliśmy? I bez tego przeszczepy to w tym kraju trudny temat.

– Niektóre rodziny podejmują decyzję w szoku, silnych emocjach. A później, dwa, trzy miesiące po pogrzebie, przychodzi refleksja, zaczyna męczyć pytanie: czy dobrze się stało, czy źle, że doszło do pobrania. Potrzebna byłaby pomoc psychologiczna, a jej nie ma – mówi Jolanta Kruczkowska. Chciałaby zbudować sieć psychologicznego wsparcia. Zorientowała się już, że brakuje go zarówno rodzinom dawców, jak i biorcom. Im też zdarza się popadać w depresję. Chciałaby, żeby u nas było tak jak w Wielkiej Brytanii – nie spuszcza się tam z oczu ani biorców, ani rodziny dawców.

W każdą rocznicę śmierci syna przychodzą do niej listy z NHS Blood and Transplant, zawsze w dwóch językach: angielskim i polskim. Z informacjami, co się zmieniło w życiu tych sześciu osób, które mają w sobie coś z Bartka. Dzięki temu wie, że mają się dobrze. Chłopiec, który w chwili przeszczepu miał dwa i pół roku, poszedł już do przedszkola, świetnie sobie radzi. Ten, który dostał trzustkę, nie musi brać zastrzyków insuliny. Oczywiście to nie jest proste otworzyć taki list. Nigdy nie czyta go, gdy jest sama w domu. Musi mieć kogoś przy sobie. – Tak silne są wtedy emocje – tłumaczy. I wcale niejednoznaczne. Z jednej strony to pocieszenie, że tyle osób udało się uratować, żyją szczęśliwie. A z drugiej strony ból, że one tak, a jej syn nie. Ale czeka na te listy. Dobrze, że przychodzą.

Zmartwychwstanie

– Często gdy już zasypiam, wydaje mi się, że słyszę Kubusia. Śpiewa – mówi Agnieszka Sobieraj. Dzięki temu, że syn żyje w innych, dla niej jakby zmartwychwstał. Wszystko w domu robi się tak, jakby żył. Biurko, książki, zabawki – nieruszone. Siostry przez długi czas lekcje za niego odrabiały, żeby nie było pustych miejsc w ćwiczeniach. I wciąż się z nim rozmawia: „Co tam, Kubuś?”. W święta podzielą się z nim jajkiem.

– Codziennie mijam to miejsce, w którym potrącił go samochód, ale nie palę tam zniczy – mówi Agnieszka Sobieraj. Nie czuła potrzeby, żeby ubierać się na czarno. Przecież Kubuś nie całkiem umarł.

Autor: Małgorzata Święchowicz / newsweek.pl