Blizna na piersi to moja jedyna pamiątka

Miała 15 lat, gdy usłyszała, że lekarze będą podtrzymywać ją przy życiu już tylko jedną noc. Wszystko miało się rozstrzygnąć w ciągu kilku godzin. I wtedy, w cudowny sposób znalazł się dawca. Dziś 21-letnia Catherine MacLachlan opowiada o swojej drugiej szansie na życie.

W tym roku przypada piąta rocznica mojego przeszczepu. Przypomina mi o nim jedynie blada blizna na klatce piersiowej, która mnie nie złości, ale nie czuję potrzeby jej ukrywania. W porównaniu z innymi przypadkami zakończonymi transplantacją, moja historia choroby jest bardzo krótka, to zaledwie 11 tygodni.

Zaczęło się w Wielkanoc 2006 roku. Tego dnia moje serce biło tak mocno, że dosłownie podskakiwała mi szyja. Wspomniałam o tym rodzicom, którzy obydwoje pracują w służbie zdrowia. Sprawdziwszy, że mam lekko nieregularny puls, zawieźli mnie na izbę przyjęć miejscowego szpitala na Jersey, gdzie poddano mnie standardowym badaniom krwi i prześwietleniom mającym ustalić, co jest ze mną nie tak.

Nie spodziewałam się żadnej poważnej diagnozy, nie mówiąc o chorobie serca. Byłam normalną aktywną 15-latką, cztery razy w tygodniu trenowałam hokej na trawie i więcej uwagi poświęcałam imprezom niż zbliżającym się egzaminom. Jednak kiedy po rozmowie z lekarzem tata wszedł na salę, zobaczyłam jego wyraz twarzy i przestałam się uśmiechać.

Spokojnie wyjaśnił mi, że moje serce jest zaskakująco duże jak na dziewczynkę w moim wieku, co prawdopodobnie oznacza, że jest zbyt słabe i musiało się rozrosnąć, żeby przepompować wystarczającą ilość krwi (choroba ta nosi nazwę kardiomiopatii rozstrzeniowej). Sytuacja nagle stała się poważna. Przyjęto mnie na oddział intensywnej terapii.

Tamtej nocy próbowałam spać na ruchliwym oddziale. Koło mnie leżał 80-letni staruszek, tak chory, że wymagał nieustannego podawania tlenu i fizjoterapii dla oczyszczania płuc. Jak mogli sądzić, że jestem tak chora, jak ten biedak? Byłam przekonana, że popełnili błąd. Ale szybko okazało się, że wcale tak nie jest. Przetransportowano mnie helikopterem do szpitala dla dzieci Great Ormond Street, gdzie kontynuowano badania.

Moje pierwsze wspomnienia stamtąd są surrealistyczne. Wszystko wydawało mi się zminiaturyzowane, większość aparatów do mierzenia ciśnienia miało tak malutkie mankiety, że pasowały mi na nadgarstki. Ledwie mieściłam się w łóżku, a personel chodził w fartuchach ozdobionych przesadnie radosnymi postaciami z kreskówek. Podano mi koktajl leków, który miał zapobiec pogarszaniu się mojego stanu zdrowia i przeprowadzono ze mną “rozmowę”.

Nie chcę brzmieć melodramatycznie, ale była to najgorsza chwila w moim życiu. Koordynatorka zespołu transplantacyjnego miała obowiązek powiedzieć mi, że na jakimś etapie – może za dziesięć lat albo dziesięć miesięcy – będę wymagać przeszczepu serca. Kiedy do mnie mówiła, wpatrywałam się w kolorowy magazyn i starałam się nie załamać. Do tamtego momentu odpychałam od siebie prawdę, ale ona nagle do mnie dotarła i czułam się taka bezradna.

Wypisano mnie do domu, z ostrzeżeniem, żebym się oszczędzała i nie podejmowała wysiłków. Ku przerażeniu rodziny i przyjaciół, ignorowałam tę radę. Teraz zdaję sobie sprawę, że wypierałam fakty, ale wówczas chciałam udowodnić, że postawiono mi błędną diagnozę. Chodziłam na imprezy, wróciłam do szkoły i udawałam, że tych paru tygodni nie było.

Ale po dwóch tygodniach od powrotu na Jersey mój organizm zaczął odmawiać posłuszeństwa. Po wejściu na schody miałam takie mdłości, że musiałam kłaść się na pół godziny. Starałam się ukryć te symptomy przed bliskimi, ale szybko mnie przejrzeli. Mdłości były tak duże, że zemdlałam i ponownie przyjęto mnie do miejscowego szpitala.

Po kilku badaniach potwierdziło się, że mój stan dramatycznie się pogorszył. Kolejne trzy tygodnie pamiętam jak przez mgłę. Zespół z Great Ormond Street zdecydował, że trzeba wszczepić mi rozrusznik, który przywróci normalny rytm serca, gdyby mięsień stanął. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam wyraźnie, jest wieczór przed operacją, kiedy siedziałam na moim małym łóżku i starałam się odgonić czarne myśli wymyślaniem, jak będę ukrywać bliznę na klatce piersiowej. Przecież za miesiąc miał być szkolny bal. Oczywiście na niego nie poszłam.

Niestety zabieg nie przebiegł zgodnie z planem. Wszczepiony rozrusznik nie dał rady zrestartować mojego serca. Dwukrotnie defibrylowano mnie ręcznie, a potem umieszczono pod aparaturą podtrzymującą życie. To wówczas trafiłam na “listę oczekujących”. Przez pięć dni byłam na pierwszym miejscu, jako najbardziej chore (oczekujące na serce) dziecko w Wielkiej Brytanii. Cały następny tydzień spędziłam na oddziale intensywnej terapii, na morfinie i silnych środkach uspokajających, podczas gdy lekarze i pielęgniarki robili co w ich mocy, by utrzymać mnie przy życiu. Wieczorem 15 czerwca lekarze orzekli, że mój czas dobiega końca. Dawali mi jeszcze jedną noc.

Tymczasem na Jersey przyjaciele zorganizowali dla mnie nabożeństwo w nadmorskim kościółku Najświętszego Serca w St Aubin. W niecałe trzy godziny po jego zakończeniu pielęgniarka koordynatorka przybiegła do rodziców, by powiedzieć im, że znaleźli dawcę. Można nazwać to zbiegiem okoliczności albo cudem, ale tamtej nocy lekarze przeprowadzili najbardziej niezwykłą operację i zastąpili moje chore serce nowym.

Pierwsze, co pamiętam po przebudzeniu, to maleńki ciemny pokój – jak się później dowiedziałam, była to izolatka na oddziale intensywnej terapii. Wchodziło się do niej przez kilka śluz powietrznych, które chroniły przed bateriami. Do ciała miałam podłączonych tyle rurek, że ledwo byłam w stanie ruszyć głową. Ręce miałam całe w bolesnych sińcach po zastrzykach. Ponieważ przez dwa tygodnie byłam nieprzytomna, mięśnie bardzo osłabły. Przyszli rodzice i wyjaśnili mi, że miałam niesamowite szczęście i że mam teraz nowe serce. Co kilka godzin pojawiała się przede mną taca z lekami, w tym immunosupresanty, sterydy, antybiotyki i morfina, ale nie pamiętam, by coś mnie bolało. Morfina wywoływała okropne halucynacje, więc cały czas był ze mną ktoś z rodziny, siedząc w ciasnym fotelu dopóki nie zasnęłam.

Mijały dni, a ja zaczynałam czuć się coraz bardziej jak człowiek. Zaczęłam fizjoterapię dla wzmocnienia mięśni. Kolejnym wyzwaniem okazało się odstawienie morfiny. Ale cieszyłam się na chwile normalności, wypytywałam siostrę o jej nowego chłopaka i plotki z domu. Brat śmiał się z moich “nóg jak wykałaczki”. Jakieś osiem tygodni po przeszczepie pozwolono mi odlecieć do domu.

Na lotnisku czekali na mnie najbliżsi przyjaciele z balonami i transparentem “Witaj w domu”. Kiedy ich zobaczyłam, zniknął cały stres i poczułam, jak ogarnia mnie uczucie ulgi. Wciąż tu byli, tak jak życie, do którego miałam nadzieję wrócić.

Od tamtej chwili nie oglądałam się za siebie. Bez problemów skończyłam szkołę i zrobiłam sobie rok przerwy, podróżując po Australii i pracując w Hiszpanii. Teraz studiuję języki nowożytne w Durham i uwielbiam to. Regularnie chodzę na kontrole i dwa razy dziennie łykam tabletkę, która zapobiega odrzuceniu przeszczepu. Prowadzę normalne aktywne życie, a jeszcze pięć lat temu nawet o tym nie marzyłam.

Nie mam słów, by wyrazić wdzięczność za taki dar. Wiem, że nic nigdy nie złagodzi bólu utraty ukochanej osoby, ale jestem dożywotnią dłużniczką dawcy i jego rodziny – mam nadzieję, że o tym wiedzą.

Mogę próbować odpłacić się jakoś ludziom i szpitalowi, który dał mi drugą szansę. Szpital Great Ormond Street jest światowym liderem w leczeniu dzieci ze skomplikowanymi schorzeniami kardiologicznymi. I chociaż poziom opieki jest wspaniały, to sam budynek pilnie wymaga remontu. Dlatego wraz z rodziną rozpoczęliśmy zbiórkę funduszy na ten cel i na nowy oddział intensywnej terapii, który otwarty będzie wiosną. (…)

Dla wielu ludzi przeszczep jest jedyną szansą. Jeden dawca może uratować życie ośmiu osobom. Tej statystyki nie wolno ignorować.

(M. Mikołajska)

Autor: Catherine MacLachlan
Źródło: The Times / kobieta.onet.pl