W 1966 r. zaczęliśmy ćwiczyć przeszczepy serca na psach. Do przeszczepu wybierało się dwa duże psy, które musiały ważyć przynajmniej 15 kg. Usypialiśmy je i układaliśmy na sąsiadujących stołach operacyjnych.

Jan Witold Moll urodził się w 1912 roku na Kujawach. Był prawnukiem napoleońskiego oficera, wnukiem powstańca styczniowego. Medycynę studiował w Nancy, Wilnie i Warszawie. Pracoholik, który dnie i noce potrafił nie wychodzić ze szpitala, drugą wojnę światową spędził w Radomiu, gdzie pracował w szpitalu św. Kazimierza. Szlify chirurgiczne zdobywał z narażeniem życia, operując rannych partyzantów pod nosem hitlerowców. Po wojnie razem z inżynierami poznańskich Zakładów Hipolita Cegielskiego skonstruował pierwszy w Polsce aparat do krążenia pozaustrojowego, który pozwalał na przeprowadzenie pionierskich operacji na otwartym sercu. W 1958 został kierownikiem Kliniki Chirurgicznej Akademii Medycznej w łódzkim szpitalu im. Seweryna Sterlinga.

W wyścigu do przeszczepu serca wystartował w połowie lat 60. W tamtych czasach taki zabieg był dla kardiochirurga spełnieniem marzeń.

Moll miał dojścia

Dlaczego akurat profesor Moll? Przecież w Polsce było jeszcze kilku świetnych chirurgów jak choćby Wiktor Bross czy Wacław Sitkowski.

Moll miał dodatkowy atut: mógł liczyć na poparcie władzy. Z kierowanej przez niego kliniki w Łodziwywodził się Marian Śliwiński, szef Komitetu Uczelnianego PZPR w łódzkiej Akademii Medycznej, a od 1964 r. dyrektor w Ministerstwie Zdrowia, potem minister zdrowia. To dzięki Śliwińskiemu klinika Molla miała dostęp do nowoczesnego sprzętu. – Pod koniec lat 60 mieliśmy prawie wszystko, co wówczas było niezbędne do przeprowadzenia operacji na otwartym sercu. Cały specjalistyczny sprzęt pochodził z importu: szwy, dreny, oksygenatory – utleniacze krwi, sztuczne zastawki i rozruszniki serca – wspomina prof. Antoni Dziatkowiak, dziś guru polskiej kardiochirurgii, a pod koniec lat 60. asystent prof. Jana Molla.

Ćwiczenia na psach …

– W 1966 r. zaczęliśmy robić pierwsze przeszczepy serca – opowiada prof. Dziatkowiak. W szpitalu im. Sterlinga działała pracownia chirurgii eksperymentalnej. Była też psiarnia. I to na psach kardiochirurdzy zaczęli przymiarki do przeszczepu serca u człowieka.

Prof. Dziatkowiak: – Do przeszczepu wybierało się dwa duże psy, które musiały ważyć przynajmniej 15 kg. Usypialiśmy je i układaliśmy na sąsiadujących stołach operacyjnych. Przy jednym stał prof. Moll i ja. Przy drugim najczęściej docent Kazimierz Rybiński. Psom wyjmowaliśmy serca, płukaliśmy je w lodowatym roztworze. Potem trzeba je było szybko przyszyć. Po transplantacji podejmowały czynność i biły miarowo. Jedna suka przeżyła kilka eksperymentalnych zabiegów.

… i na nieboszczykach

Kolejny etap przygotowań do przeszczepu zaczął się w 1967 roku. – Psychologicznie był to milowy krok ponieważ zaczęliśmy ćwiczyć na ludziach – mówi prof. Dziatkowiak.

Lekarze ćwiczyli w prosektorium, a rodzin zmarłych, którym wykonywano transplantacje serca nikt o zgodę nie pytał.

W połowie 1967 roku po kilku miesiącach ćwiczeń zespół prof. Molla był gotowy do przeszczepu żywego serca. Ustalono, że serce u biorcy będzie wszywać prof. Moll w asyście dra Dziatkowiaka, a serce od dawcy pobierze doc. Kazimierz Rybiński w asyście dra Janusza Zasłonki.

Prof. Dziatkowiak: – Mieliśmy wykonać po raz pierwszy operację, o której marzyła ludzkość. I miało się nam udać. Baliśmy się jednak, że biorca odrzuci przeszczepione serce, a konsekwencje wydawały się straszne. Liczyliśmy się z postępowaniem prokuratorskim i gdyby do tego doszło, mogło się okazać, że nie mieliśmy prawa dokonać operacji. Przecież nie było żadnej ustawy o przeszczepianiu ani przepisów pozwalających na pobranie bijącego serca. Poza tym żaden z nas – nawet prof. Moll – formalnie nie był kardiochirurgiem.

Operujcie jak najszybciej

Dawcę znalazł doc. Krzysztof Stengert, szef zakładu anestezjologii i reanimacji. Trafił do niego pacjent z nieodwracalnym uszkodzeniem mózgu. Miał 24 lata i zachorował na zapalenie ucha wewnętrznego z powikłaniami. Badania wykazały, że w mózgu nie krąży krew. Dziś w takiej sytuacji mówi się o śmierci mózgowej. Przy życiu utrzymywała go aparatura medyczna.

O biorcy wiadomo więcej. Miał 39 lat, był rolnikiem spod Bydgoszczy. “Od 1954 roku cierpiał na narastającą duszność i dokuczliwe bicie serca. Ostatnie dwa lata na skutek obrzęków, duszności i okresowego krwioplucia spędzał większość czasu w łóżku” – scharakteryzowali go lekarze w artykule naukowym, którego był bohaterem.

Zabieg zaczął się 4 stycznia 1969 r. około godz. 16. O 16.50 biorca został podłączony do krążenia pozaustrojowego.

O godzinie 17.17 skończyło się wycinanie serca dawcy.

Dziatkowiak: – Biorcę bez serca utrzymywała przy życiu maszyneria. Tu były największe emocje: czy przyszyte serce dawcy będzie pasować. Przecież jest mniejsze. Trzeba je było przyszywać z wyobraźnią. Po krawiecku marszczyć tkankę. Ale tak marszczyć, by nic nie krwawiło. No i udało się. Najpierw lewy przedsionek, potem prawy. Dalej tętnica płucna, na koniec aorta. Można uruchamiać serce. Moll, zwalniając zaciski wokół żył głównych, wprowadził krew do prawej połowy serca. I już! Ciepła, bogata w tlen krew z aparatu do krążenia pozaustrojowego trafiła do zimnego serca i ono zaczęło się napinać i kurczyć. Udało się! Euforia. Ale krzyczeć nie można, choć mieliśmy na to ochotę. Chirurgowi nie wypada ujawniać emocji!

Po euforii rozpacz

Półtorej godziny po uruchomieniu serca, ciśnienie zaczyna się obniżać. Lekarze podejrzewają, że z aparatu wtłoczono za dużo krwi.

Profesor Moll mówi: – Odbierzcie trochę do oksygenatora.

Lekarze wykonują polecenie. Nie pomaga. Serce z trudem pracuje. Trzeba ponownie włączyć krążenie pozaustrojowe, żeby dać mu odpocząć. Bije, ale prawie nie pompuje krwi. Po chwili odpoczynku trzeba wyłączyć krążenie pozaustrojowe.

Dziatkowiak: – Z niepokojem obserwuję, że po każdej próbie serce jest większe. Puchnie, zwłaszcza prawa komora, tak jakby sobie nie mogła z czymś poradzić. No i po półtorej godziny serce stanęło. Założyliśmy rozrusznik, który zmusza do skurczów. Były, ale nieskuteczne. Po dwóch godzinach musieliśmy uznać, że ponieśliśmy klęskę. Ze skrajnej euforii wpadliśmy w denną rozpacz.

Profesor Moll nie odważył się już na kolejne podejścia do przeszczepu. Docent Rybiński z kardiochirurgii przerzucił się na chirurgię endokrynologiczną. Tylko prof. Dziatkowiak wrócił do przeszczepów. Zrobił ich ponad 200, ale pierwszy dopiero w 1988 roku.

Autor korzystał m.in. ze wspomnień Antoniego Dziatkowiaka “Serce i skalpel. Fascynacje i wspomnienia kardiochirurga”, Kraków 2010 i archiwalnych numerów “Służby Zdrowia” i “Polskiego Przeglądu Chirurgicznego”.

Źródło: Adam Czerwiński (Gazeta Wyborcza)
Fot: Henryk Michalak (Gazeta Wyborcza)